„Tego się nie da zapomnieć” – rozmowa z Panią Alicją Marosz, Członkiem Związku Sybiraków i Prezesem Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich w Gorzowie Wlkp.

Kiedy została Pani wywieziona na Syberię i dlaczego?
– Wywieziono nas pierwszym transportem 10 lutego 1940 roku, miałam wtedy 2 latka. Miejsce docelowe wywozu było w Kazachstanie, na stepach nad rzeką Irtysz. Zabrali mnie z mamą i starszą siostrą Marysią, obiecując, że jedziemy do taty, którego aresztowano kilka miesięcy wcześniej. Tata był naczelnikiem wydziału śledczego policji w Tarnopolu. Jak wielu innych funkcjonariuszy Policji Państwowej i żołnierzy został aresztowany przez wojska sowieckie. Z obozu jenieckiego w Ostaszkowie, w którym przebywał tata, słał nam pocztówki, przez które władze sowieckie doszły, gdzie mieszkamy i za karę zostałyśmy zesłane na Syberię.
Czy pamiętała Pani Polskę?
– Byłam za mała, pytałam mamy co to jest Polska, opowiadała mi, że to miejsce, skąd pochodzimy, tam, gdzie mieszkaliśmy z tatusiem. Opowiadała mi o świętach Bożego Narodzenia, o ubieraniu choinki, o prezentach. Pytałam, czy z wigilijnej kolacji zostawało coś do jedzenia na następny dzień. Mama mówiła, że jedzenia zostawało na tydzień, nie mogłam w to uwierzyć.
Co najbardziej Wam dokuczało?
– Najbardziej dokuczał nam mróz i głód oraz wszy. Nie mieliśmy ubrań, ani jedzenia. Ciągle brakowało chleba, który był moim marzeniem. Było bardzo ciężko, pamiętam takie zdarzenie, że życie uratował nam perłowy różaniec, który mama potajemnie zabrała ze sobą na Syberię, oddała go kozackiej kobiecie w zamian za jedzenie. Marzłam, nie mieliśmy ubrań. W nocy spałam przy krowie, która mnie ogrzewała. Te krowy towarzyszyły nam i ratowały nas, z krowich skór robiliśmy buty. Moja mama wypasała krowy, a Marysia po skończeniu 10 roku życia też musiała pracować przy cielętach. Ja jako 4 latka pomagałam jej. Nauczyłam się tam robić kiziaki, które służyły do rozpalania ognia.
Jak długo trwała zsyłka ?
– Byliśmy tam 6 lat i 3 miesiące. Całe moje dzieciństwo, wielu lat nie pamiętam, znam historię z opowieści mamy i Marysi. Nie chodziłam tam do szkoły, pomoc przy pracy była moją nauką. Ale od czeczeńskich i kozackich dzieci uczyłam się języka. Choć dziś nic już nie pamiętam.
A powrót do kraju, jak to się odbywało?
– Pamiętam pożegnanie przy barakach, gdy wracaliśmy do Polski. Była gwiezdna noc, dostałam beżowy płaszczyk. Przyjechały po nas sanie, i tymi saniami powieźli nas do pociągów. Ci, którzy chcieli, mogli zostać na Syberii za dodatkową porcję czarnego chleba i obywatelstwo. Pamiętam, gdy jechały te sanie, biegły za nami kobiety, bardzo żałowały, że nie podjęły decyzji o powrocie do kraju, tak, jak my.