Suknia wieczorowa – dlaczego nie? Rozmowa z Natalia Ślizowską – projektantką mody pochodzącą z Lipek Wielkich

Co Cię inspiruje?
Wszystko, co mnie otacza, pomysły rodzą pomysły. Ostatnio zakochałam się w guzikach, które przedstawiają postaci. Ale nigdzie nie mogłam takich z Fridą Kahlo znaleźć. Mam jednak cudownego Pana Kaletnika, który ma do tego anielską cierpliwość. I to pociągnęło za sobą kolejne pomysły, żeby zdobić je na przykład wizerunkiem ukochanego zwierzaka. Frida Kahlo, to w ogóle moja szalenie barwna kolekcja. I tam też pomysł rodzi pomysł, żakiet, spódnica, nakrycie głowy, torba. Wszystko takie malarskie, niepowtarzalne, nawiązujące do kultury meksykańskiej.

Zawsze na etapie powstawania widzisz kolekcję w wyjątkowej przestrzeni. Jaka jest wymarzona? Kraj? Świat?
W zeszłym roku miałam po raz pierwszy wystawę ze swoimi pracami na powierzchni 300 m2. I od tamtego momentu w głowie pojawiło się marzenie, żeby mieszkać i tworzyć w jednym miejscu, o ogromnej przestrzeni. Byłoby tam wszystko począwszy od swojego atelier, pracownia, magazyny, a skończywszy na wielkiej sali do pokazów. I bardzo chciałabym znaleźć to miejsce w mojej gminie. Podjęliśmy już działania w tej kwestii, ale marzenia potrzebują czasu…

Pierwszy recenzent projektów:
Bez wątpienia pierwszym to jestem ja (śmiech…), ale obok zawsze jest Labrusia, czyli mój ukochany pies i oczywiście Pan Kaletnik, czyli Rafał-mój mąż.

Inne pasje poza projektowaniem?
Mało czasu zostaje poza projektowaniem. Ale rozmarzyłam się w literaturze, piszę między innymi po to, by rozwiązywać swoje troski. Bardzo lubię ten czas.

Kim byłabyś, jeśli nie projektantką?
Jeśli zgodnie z moim pierwszym zawodem, to technikiem dentystycznym (śmiech…) Ale właściwie zaraz po rozpoczęciu nauki w technikum wiedziałam, że nie tędy droga. Skończyłam ten kierunek, ale drogę wybrałam inną. Literatura gra mi w duszy od zawsze, już w Liceum Plastycznym pisałam różne opowiadania. Myślę, że byłabym pisarką.

Epoka, w której chciałbyś się urodzić?
Jest mi dobrze tu, gdzie jestem, ale lubiłam bardzo lata 80 i 90, pełne kolorów. Dobrze mi w życiu, trochę żałuję lat, chciałabym jeszcze raz przeżyć te ostatnie 5. Tyle jeszcze mogłabym zrobić, tyle się nauczyć. Skończyłam studia w Łodzi i tam już nie mogłam nic więcej zrobić, bo wszystko, co mi Łódź mogła dać, to z wdzięcznością wzięłam. I tę Łódź mam w sercu cały czas.
Jestem dumna z tego, kim jestem, gdzie jestem. Kiedyś weszła tutaj starsza pani i zapytała, czy to zakład krawiecki, a ja odpowiedziałam „Nie- atelier projektanta”. Dziś już coraz więcej osób kojarzy to miejsce i mnie.

Przed nami wyjątkowy czas świąteczno-sylwestrowy, bez bali i wielkich sal, pięknych wieczorowych sukien. Nowy Rok przywitamy na domówkach, w gronie najbliższych. Jak się ubrać, co zrobić, żeby nie wystąpić w dresie , czy w piżamie w skrzaty?

A dlaczego nie w sukniach, dlaczego nie długich? Myślę, że potrzebujemy tego. Potrzebujemy pięknego błyszczącego makijażu, eleganckiej sukni. Ale są oczywiście alternatywy. Polecam sukienki z dzianiny, rozciągliwe, wygodne. Fantastycznym pomysłem są stroje tematyczne. Noc Sylwestrowa w czasach PRL-u, czy w latach 20-stych generuje milion pomysłów na strój, makijaż, czy nawet rodzaj potraw na stół. Z całego serca polecam takie domowe przebieranki. Wiele jeszcze przychodzi mi do głowy: noc żywych trupów, zwierzęta, zakonnice… można wymieniać bez końca. Wyobraźnia nas nie ogranicza.